
W moim rodzinnym domu zawsze były zwierzęta, które spały w domu. Wprawdzie As miał budę z werandą i 2 pokojami, ale chował się do niej tylko wtedy, gdy został ostrzyżony. Często podrzucano nam psy i koty, a furtka nigdy nie była zamknięta, w efekcie czego rano na ganku Mama znajdowała różne prezenty, a my z siostrą szukałyśmy im domu. Na największym zgierskim osiedlu gdzie mieszkam też nie było lepiej. Bywało, że mieliśmy 14 psów , bo właśnie jakiś "dobry" człowiek zostawił na wycieraczce plecak z siedmioma szczeniakami. Nasz dom stawał się schroniskiem, tak żyć się nie dało, a tu albo telefon, albo dzwonek do drzwi i kolejne wyrzucone nieszczęście.
Po dwóch latach molestowania Urzędu Miasta otrzymaliśmy w dzierżawę teren na urządzenie przytuliska dla bezdomnych zwierząt. Wszystko powstało z pasji, uporu i ogromnej determinacji, że to jest bardzo potrzebne i to na już! Pierwsze pieniądze zarobiliśmy na Koncercie Charytatywnym zorganizowanym przez garstkę ludzi i większość zadań spadła na Lidkę i jej psa Pepiego. Później był kolejny koncert i w sumie 12.000 zł na ogrodzenie terenu. Pracy było mnóstwo, pełno betonowych bloków, wszędzie zarośnięte, a budynek nadawał się raczej do rozbiórki niż do remontu. Tej pracy nie da się przeliczyć na żadne pieniądze, bo wszędzie jest cząstka naszego serca. Z ogromnym sentymentem wspominam chłopaków z "Monaru" z pobliskich Kęblin. Przywoziłam ich rano i odwoziłam wieczorem, cały czas ciężko pracowaliśmy. Wprawdzie ogrodzenie wyszło śpiewające - czyli raz wyżej raz niżej - ale jest. Łopatami i kilofami przy 30* upale wyrąbywali korzenie potężnych drzew, bo nie było pieniędzy na spychacz i koparkę. Cieszę się, jak zaglądają i opowiadają o sobie, że też im się udało. Wtedy właśnie przyszedł do nas pies nie wiadomo skąd. Zawsze zjawiał się rano i obserwował nas z daleka. Zjadał to co mu przywiozłam i znikał. Był bardzo wychudzonym łaciatym wyżłem, z pięknymi zielonymi oczami. Nazwaliśmy go Medor. Powoli się do nas przyzwyczajał, a któregoś dnia przyniósł czerwoną podkoszulkę, położył ją na kupie piachu i został. On już wiedział, że będzie miał tu dom. Od tego czasu minęły już 3 lata i w naszym przytulisku pomieszkiwało około 400 zwierzaków - mniej lub bardziej okaleczonych. Jest to miejsce magiczne, może za sprawą ojca Michała Baranowskiego - franciszkanina, który nie żałował święconej wody polewając obficie wszystkie psiaki i wszystkie trafiły do adopcji. Dla mnie jest to najpiękniejszy zakątek mojego miasta, miejsce, gdzie czekają na mnie uśmiechnięte mordy i zadowolone ogony. Bywają też chwile trudne, kiedy jest bardzo ciężko i to nie z winy zwierząt, one są zawsze bez winy. To ludzie, którzy nie pomagają, ale mają satysfakcję z podkładania nóg, licząc, że może jak się tym razem przewrócę, to nie wstanę. Lecz jest we mnie jakaś dziwna siła, dają ją z pewnością zwierzęta i wiem, że nie wolno się poddawać, trzeba szukać światła w tunelu. Największą nagrodą są super domy dla naszych podopiecznych. To są nagrody za trudne chwile i wtedy śpiewam i myślę, że warto to robić... mimo wszystko.
Dominika - w zielonej bluzce to tzw. szef marketingu. Zawsze wie, "co, gdzie, kiedy, jak?" Ciągle szuka nowych kontaktów, sponsorów, bez tego ani rusz! Dzięki niej zawsze coś o naszym azylu słychać w mediach... Poza tym również studiuje(to samo co i ja)
Kiedy włączacie "żółte słoneczko" gadu-gadu z naszej strony, to właśnie my odzywamy się do Was z drugiej strony :) Dwie nieco szalone bliźniaczki
Dwie bliźniaczki, razem prowadzimy stronę internetową zgierskiego azylu, odbieramy telefony, odpisujemy na maile, takie małe biuro fundacji :) to ja sama często zbieram zwierzęta do schroniska, albo raczej one mnie znajdują... Mam to chyba w genach, zawsze w domu ląduje na tymczasowy pobyt jakiś biedny kot lub pies. W miarę możliwości pomagam też w samym schronisku. Oprócz tego interesuję się muzyką i studiuję zaocznie pedagogikę.
Na zdjęciu z kotem Rysiem